fullmo-on-bloodlust blog

Twój nowy blog

Czekam,
wciąż czekam,
trzymając na smyczy swój gniew i żal.
Czy wymagam tak wiele?
Poświęceń swej duszy rysuję Ci szlak ?

I mówiłeś,
że nie chcesz bym się wyczerpała,
że już tylko czas.

złowrogo…

Bezsenność zjada mnie od środka, bo każdej nocy
Czekam,
wciąż czekam,
na Twój znak.

Tysiące spraw,
może wcale nie chcę ich znać,
powody i zdarzenia,
i tylko mnie jest brak.
Z Tobą tam.

W zakamarkach myśli, pod naciskiem dłoni,
i jakże mi żal, że przyssane moje serce
do Ciebie jest bezmiernie,
lecz nie usta.
I niemal słyszę
jak moje ciało płacze za Tobą,
nieznanym lądem, na którym pragnę
żyć.

Bez sensu już,
Twoja cisza dawkuje mi truciznę,
Bez sensu już,
Zapada w letarg świat.

Smakujesz jak strach,
zamieszany długimi białymi szponami melancholii z odrobina lęku.
Jesteś obawą przed utratą samokontroli która drwi z Ciebie
za każdym razem, gdy tupiesz nogami sygnalizując,
że jesteś ponad wszystkim.
Wprawia mnie ten widok w lekkie zakłopotanie,
gdyż przed piedestałem bogów mnie fascynujesz.
Ja tylko marszczę brwi i obserwuję, kalkuluję, obliczam, uczę się,
stwarzam pozory.
Wypluwasz piasek z ust, zlepek śliny i krwi,
wykrztuszasz czarne perły rozpaczy, w gardle masz moje łzy,
moje słone łzy.

Smakujesz jak strach, niepowodzeniem.
A ja stwarzam Ciebie po raz wtóry, na podobieństwo Boga -
którego należy się strzec.
Jesteś moim niedokończonym obrazem, historią bez zakończenia.
Przez zęby prześlizguje się cień niczym kot,
zamiera cały świat na kilka sekund gdy toniesz w moich oczach,
Purpurowe krajoobrazy.
Niekończące się poziomy Piekła.

Nie chciałam, nie prosiłam się, nie pisałam modlitw.
A jednak po prostu zaistniałeś, nie wiem jak mam Cię pożegnać.
Byłeś chwilami, momentami szczęścia, byłeś moim uśmiechem uparcie ukrywanym pod szminką.
i każdy pocałunek i dotyk, i noc każda, pognieciona jak kartka papieru,
nieudana poezja,
ląduje w koszu.

Nie byłeś miłością,
byłeś jej pragnieniem.

Dzisiaj znów odchodzę odwróciwszy się plecami.
Udaję, że przecież nic się nie stało.

I grymas jakiś taki, smutno-gorzki,
ukrywam pod szminką teraz.

Uderzenie w pysk
po libacji alkoholowej wydawało się zabawne.
Rankiem obolała twarz i since pod oczami.

„Dziecko co Ci się stało ?”

i coraz bardziej piekące ramiona
przypudrowane kamuflażem uśmiechów
po bliskim spotkaniu z kawałkiem szyby.

Nie ma mnie chyba tak jak byłam.
Nie chcę być chce zasnąć
boli mnie głowa od pigułek przeciwbólowych.
Katatoniczny szept gdzieś na pograniczu
ust i powietrza.
Dym z nosa.

Kończy się jakaś scena, kończy się orgazmem.

Gdzieś pod skórą, słysze ledwo
bicie serca
sprawia ból
odsuwam
odłączam od tlenu
czas

krzyki w ścianach
udaję, że nie słyszę udaję, że to sen
koszmar jesienny.

zamknij drzwi, na tysiąc kluczy,
rozrzuć po całym świecie
i zapomnij, zatrać się.

jeśli je wszystkie odnajdzie –
zdobędzie Wszechświat.

A Ty Kruczy,
znów na mym łonie zasypiasz,
gdy dłonie swoje przybijam do krzyża
tlumacząc ludziom, że nie oddaję się za ich grzechy.
Ty znów oplączesz mnie rękoma
i spustoszysz całą świętość
chorobliwie zbieraną z szarych ulic.

Zabijesz Samotność,
zapłodnisz mnie sobą i znow znikniesz
będę pod sercem nosić tęsknotę za Tobą.

nie chcę.
nie chcę nigdy więcej,
nie potrzebuję.
idź precz przeklęty.
Niesiesz ze sobą Śmierć długą i okrutną.
nie chcę,
nie chcę nigdy więcej.

Na nogach powycinane menstruacyjne ścieżki
zatopione paznokcie wgłąb duszy.
Czego?

Raz po raz zagryzam wargi
do krwi, do krwi,
Już odwiedziłam samo dno,
bilety są tam bardzo drogie.

” Chyba nie moge przestać o Nim myśleć, Mamo. „

cocon

1 komentarz

Jestem rozhisteryzowanym dzieckiem, stojącym na rozstaju dróg. Bez wsparcia matki, bez dobrego słowa od ojca. Niepojęta w świecie gnającym do przodu, niezrozumiana przez bliskich, bo pragnę zatrzymać czas, zamrozić życie. Rozkrwawione mam kolana, od niezliczonych modlitw o litość. I ramiona mam pokaleczone od przedzierania się przez chaszcze ludzkich obietnic bez pokrycia.
Nie potrafię oddychać pod wodą, wrzucona na dno własnych lepiących się do rzęs i ust myśli. I płuca mam zapchane męskim jadem – bo oni kochają, zawsze, namiętnie i z pasją – dopóki nie eksplodują białą euforią, plugawiąc moją świątynię.

Nie mogę po raz kolejny oddać serca w ręce, których nie jestem pewna, w ręce które pożądają ale nie potrafią kochać.
Zamykam duszę w srebrnej klatce, nie odleci pod męskie stopy wijąc się i wdzięcząc.

Wyrzucam w Ciemność klucz.
W sercu rozpętuję Piekło.

Roztrzaskać się o ściany Twoich dłoni,
rozmyć swoją twarz jak akwarelę
o usta Twoje powycierać
wargi spękane pustynią
czasu.

Nazwać Cię wędrowcem,
zagubionym na wyżynach piersi
zabrać Ci mapę,
byś nie mógł wyjść.
Tak bardzo pragnę
zatrzasnąć się z Tobą w pościeli
jak wiatry dwa,
przenikać siebie nawzajem.

Być kroplami potu na Twoim czole,
promieniami słońca na plecach
gdy pierwszy świt
obudzi nas.
Zatonąć jak statek w ramionach
błagać o pomoc Twoje dłonie:
Uratuj mnie.

Rozpal mnie szeptem tuż przy skroni
pozwól zatrzymać świat
Zastygnąć jak cień
I skoczyć w przepaść
nie bać się nigdy więcej już.

Kolorem jestem Twoich oczu
-teraz.

slow drug

1 komentarz

Deszczu zapach
przywodzi na myśl niespodziewany pocałunek
retrospekcyjnie
kilka wspomnień

za dużo łez
ktore nie powinny miec miejsca
było.

Krok naprzód, za krawędź okna
poczuć wolność
poczuć na twarzy znów
być taflą jeziora
wzburzoną pośród ciszy

po burzy już
nowy świt spomiędzy chmur
i skrzydła posklejane
uparcie polepione by wzlecieć
jeszcze raz ponad przeciętność
ponad strach.

nie będę nigdy układana
przez czyjeś dłonie
i zarzuty.

Rzeki plyna własnym nurtem
powietrzowody
spod rzęs widze jak świat
zazębia się

rodzi się przyszłość.

Butelka pełna gorzkich łez
niechciany świt
zatrzymać czas przy sobie
złapać w dłoń powyginany sen

cofając się stracić grunt
spaść w dół, uderzyć o dno
zapomnieć dźwięk słów
wypalanych w umyśle
boleśnie przez zęby

zakleić w kopercie własne serce
wyrzucić ze szczytów
nagich piersi
skomleć w czerni o grzech
na kolanach iść
po śladach Twoich ust

kimkolwiek jesteś
złotooka bestio
wyciągnij ze mnie jad
trupi jad cmentarza
ułóż mnie od nowa
jasną i gładką

nie ma przecież miłości idealnej
wtłaczane mozolnie przez igły
wyobrażenia o wolności
zakletej w cudzą krew.

usta moje nie drgnęły,
w żadnym uśmiechu,  
w żadnym grymasie,
gdy po raz kolejny poczułam jak
powierzchnia serca
pokrywa się siateczką pęknięć.
Od ciszy odbijał się mój oddech

niestabilny

arytmia życia.

nie pierwszy raz,
pewnie nie ostatni.

jestem ziemią niczyją.
pustkowiem po wojnie światów,
rąk cudzych i rak upragnionych.
jestem ziemią obiecaną

nikomu

i popękaną duszę mam
niegdys pełną pasji
w pogoni za kochaniem.

Ilekroć patrzę na tą obcą mi twarz,
oczy których blasku nie dane mi było poznać,
po kręgosłupie przebiega mi jak mysz,  cichy dreszcz,
jak ślepiec, próbuje nie widzieć, i jedynie opuszkami palców wraz z grą wyobraźni
poznać fakturę skóry, zagłębić dotyk w łuki brwiowe, kciukami musnąć usta.
Twarz do poduszki tuląc myślę o zapachu włosów,
o ramionach silnych.

Jestem kaleką.
zwłokami ciągniętymi przez życie na zardzewiałych saniach.
Nie mogę ujrzeć, nie mogę usłyszeć,  nie mogę dotknąć  – jakby mi dłonie obcięto.
mój węch okaleczony, nie zna drogi którą podąrzyć bym mogła ku Tobie.

Kiedy umierałam, szepnęłam, że nie mam już serca,
że zostało wyrwane i wyschło, że nic już w nim nie tętni.
Powiedziałeś, że to nie prawda, że słyszysz – i czujesz – jego bicie.

resztkami oddechu tchnąłeś weń duszę.

niespokojna czekam, na dzień, kiedy uzdrowisz me zmysły,
zamkniesz mnie w sobie.


  • RSS